Kanalie też mają dusze - Brat Marie-Angel Carre

Kanalie też mają dusze - Brat Marie-Angel Carre
W magazynie:
jest

nasza cena: 29.90 zł
Powiadom znajomego

Atrybuty

stron
192
format
125x196 mm
oprawa
miękka ze skrzydełkami
ISBN
978-83-7502-243-8
data dodania do księgarni
30.06.2011

Kanalie też mają dusze to historia Gabriela, dwunastolatka z rozbitej rodziny, dla którego paryskie ulice stały się domem. Ta barwna opowieść, momentami wzruszająca, a chwilami tragiczna, jest w istocie relacją z duchowej walki toczonej przez nieletniego chuligana, który na bruku wielkiego miasta próbuje realizować swoje marzenia o lepszym jutrze. Jest to zapis trudnej i długiej drogi do ocalenia…

Autentyczna historia napisana przez brata Marie-Angel ze Wspólnoty św. Jana. W wieku 20 lat młody zakonnik poznał 12-letniego chłopaka włóczącego się po ulicach Paryża. Zaopiekował się nim, doprowadził do chrztu i został jego chrzestnym ojcem. Książka powstała siedemnaście lat po tamtym spotkaniu, kiedy jego podopieczny zdążył „wyrosnąć na ludzi” i dziś sam potrafi docenić, jak wiele skorzystał dzięki spotkaniu z – jak sam pisze – „maniakiem Ewangelii, dwudziestolatkiem, który poświęcił swoją energię, czas i pieniądze obcemu dzieciakowi. Zamiast chodzić na podryw, palić skręty i szukać rozrywki na dyskotekach, ten wariat uznał, że będzie żył Ewangelią!”.

Mocne i wręcz zawstydzające świadectwo wysiłku prawdziwego, dojrzałego, chociaż bardzo młodego wychowawcy we współdziałaniu z łaską Bożą w odpowiedzi na współczesny kryzys wychowawców.
 
 
fragment książki

Rozdział 2. Spotkanie z dzieckiem. Jak Bóg zdezorganizował mój rozkład zajęć

Gdybym cie nie spotkał wtedy w środe na placu pszed Invalides, zabiłbym sie [...].
[Fragment listu Gabriela z 23 grudnia 1992 roku]
 
Paryż, grudzień 1991 roku. Kilka miesięcy wcześniej kardynał Jean-Marie Lustiger w specjalnym liście powierzył mi zadania w zakresie duszpasterstwa w szkołach publicznych. Jeszcze wcześniej mój kierownik duchowy przewidział ten apostolat wśród młodzieży.
 
Dzieci przychodzące do duszpasterstwa dzień po dniu kształtowały we mnie serce starszego brata. Na twarzach brzdąców z zawieszonymi na szyjach kluczami do domów malowała się samotność... To byli moi ulubieńcy, ubodzy i niezwykle podatni na nauki płynące z życia na ulicy i na biednych przedmieściach. Niekiedy malcy przychodzili do mnie wieczorami z płaczem typowym dla dzieci rozwiedzionych rodziców... Inne urwisy, spotykane przypadkiem w mieście, zaglądały potem po kruche ciasteczka, które łagodny pan Duchêne pozostawiał na wielkim stole... Tak było z małym Antoine’em, trzynastoletnim alkoholikiem, który w kościele zwykł nerwowo krążyć pomiędzy tabernakulum a krzyżami. Przez pewien czas przyjaźnił się z Gabrielem. Jeszcze wcześniej życie na ulicy postawiło na mojej drodze małego Sébastiena, powierzonego mi przez jedną z sióstr ze Wspólnot Jerozolimskich, który kilka lat później zmarł w wyniku AIDS.
 
Bóg posyłał mnie, żebym to tu, to tam starał się podnosić na duchu dzieciaki poranione przez pospolite dramaty współczesnego świata – brak prawdziwych autorytetów, rodzinną obojętność, rozwody, alkoholizm, wszelkie patologie... A one przychodziły zlizywać z naszych dłoni okruchy duchowego chleba.
 
Ale tamtego wieczoru, 4 grudnia 1991 roku, nie byłoby to możliwe w przypadku pewnego chłopca, któremu wskutek pragnienia wyschnięty język wręcz przywarł do podniebienia. Zresztą wtedy jeszcze go nie znałem, ponieważ mieliśmy się spotkać dopiero o 22:00. Tymczasem on przez cały dzień zastanawiał się, jak odebrać sobie życie i położyć kres swojej straszliwej samotności. Jak prorok Hiob przeklinał własne życie, powtarzając: „Kusi mnie, żeby się powiesić”.
 
Był nikim lub wręcz niczym. Doskonałą definicją bodaj najgorszego z cierpień: „Niekochany przez nikogo”. Przez chwilę zamajaczyła mu myśl, że gdyby spotkał tego jednego odpowiedniego człowieka, mogłoby to odmienić jego życie. Ale już nawet nie potrafił sobie wyobrazić jakiegokolwiek szczęścia, jak więc miałby wierzyć w przemianę własnego losu w życie szczęśliwe? Przecież nawet nie wiedział, z jakiego ludzkiego nasienia wyrósł na tym świecie. Chciał więc zwyczajnie dowiedzieć się, z czyjego ciała pochodzi... Pragnął poznać tego mężczyznę i przytulić się do niego. Na długo, o ile byłoby to możliwe.
 
Nie doświadczyć rodzicielskiej miłości i nie znać ojca – to nie zbrodnia, lecz rana. To nie do zniesienia. Chłopiec więc stał się nieufny, jakby zamknięty w pancerzu. Urywki różnych scen z przeszłości zaśmiecały jego pamięć. Nic pięknego. Poznał w tym czasie kruchość każdej istoty ludzkiej; na przykład tego kloszarda, który masturbował się przy nim w nocy, gdy jego mama spała. Zagubione dziecko paryskich ulic nie wiedziało wtedy, dlaczego w niektóre wieczory łzy same napływają mu z oczu.
 
Od tamtej grudniowej środy jednak już nigdy nie miał płakać tak samo. A raczej nie tymi samymi łzami. Łzy to najcichszy wyraz ludzkiego ubóstwa. Pochodzą z tego miejsca w sercu, do którego dostęp ma jedynie Bóg. Mają różne barwy. Są wśród nich łzy płynące spod cierniowej korony, łzy dźwigającego krzyż czy wreszcie rozmaite i różnobarwne łzy chwały, radości i światła.
 
Chrystus rzekł: „[...] byłem nagi, a przyodzialiście Mnie [...] Mnieście [to] uczynili” (Mt 25, 36.42). Zastanawiałem się, w jakim stopniu cierpienie tego chłopca jest tym samym, które przeżył Chrystus w Getsemani. Czy Jezus pochylił się nad nim ze współczuciem, jak nad synem wdowy z Nain? Tak – podpowiada moja dusza – ale nie tylko On, ponieważ i ja jestem częścią Jego mistycznego Ciała – Kościoła.
 
Tego wieczoru pracuję z grupą ratowników z Czerwonego Krzyża, do której należę od roku. Wolontariat to moja pasja. Zegarek wskazuje prawie 22:00. Obok mnie siedzi Emmanuel Hugo, szef zespołu interwencyjnego. Tego dnia ambulans komitetu XIV dzielnicy został wysłany do udzielania pomocy bezdomnym. Przyjechaliśmy na miejsce przed chwilą, mknąc dostojnie, z pulsującym na dachu kogutem, po boulevard des Invalides. Nocą kopuła pałacu wygląda wspaniale, ale akurat jest bardzo zimno – zatem bezdomni marzną, co dla nas oznacza dużo pracy.
 
Zimowe ptaki zbiegły się już do cebulowej zupy okraszonej odrobiną miłości. Przed nami stoi już półciężarówka Restos du Coeur; rozdają koce i gorącą kawę. Długa kolejka straceńców ustawia się przed dymiącymi kotłami. Młodzi przybysze ze Wschodu, nieogoleni i pokiereszowani, przychodzą tu pohandlować, żeby jakoś zarobić na życie. Jest mi zimno, wdycham opary taniego wina – najwyraźniej bezdomni nie liżą tylko sopli z głodu, bo chuch mają raczej nieprzyjemny. Słyszę rzucane tu i ówdzie przekleństwa, a ulica oferuje mi widoki, które trzeba po prostu zaakceptować... i zneutralizować uśmiechem. Podobno na tym polega sekret wielkich dusz – zneutralizować każde cierpienie za pomocą uśmiechu. Wówczas nic nie ginie, wszystko zostaje przemienione. A każde niewykorzystane cierpienie jest cierpieniem bezużytecznym.
 
Tego wieczoru staram się uśmiechać do życia, które śmierdzi, życia noszącego znamiona porażki i nędzy... i jeszcze nie wiem, że w tym tłumie bezdomnych stoi ten, który stanie się dzieckiem mojego serca. Zagubiony syn. I następnie syn odnaleziony, ofiarowany, na nowo powierzony.
 
Nagle ponad chórem ochrypłych, szorstkich i kłótliwych głosów niesie się kryształowy głos dziecka. Niczym światło przeszywające cień przebijają się przez wrzawę słowa małego chłopca – wygląda może na dwanaście lat. Zachowuje się swobodnie, jak wśród znajomych, prawie przyjaciół. Podaje kubki z gorącą kawą, dyskutuje, niekiedy wręcz natarczywie; wydaje się niemalże dumny w tym okaleczonym świecie. Dumny z przynależności do ulicy? Nie wiem. Niczego jeszcze nie wiem. Patrzę na niego z sercem pękniętym na dwoje. Tym razem skuty lodem plac przed Les Invalides oferuje mi kwaśno-słodki wieczór.
 
Ostatecznie do głosu dochodzi moje prorockie usposobienie. Z mocą przyzywam Ducha Świętego... Płynie wewnętrzna, milcząca modlitwa. Postanawiam niczego nie przyśpieszać, czekając, aż trzecia osoba Trójcy zaaranżuje mi bezpośrednie spotkanie.
 
W pewnej chwili chłopak oddziela się od całej grupy około pięćdziesięciu anonimowych, wymizerowanych twarzy i podchodzi do mnie... Zaczynamy rozmawiać. Padają ciężkie od emocji słowa, które trudno mi będzie zapomnieć. Ciągle mam je w pamięci:
 
 
− Jak masz na imię?
− Gabriel.
− Co robisz na ulicy?
 
Gawrosz przezwycięża wstyd i zaczyna opowiadać swoją historię, natychmiast wskazując winnych swoich nieszczęść: kapusie, „psy”, sądy... – wymienia wszystkich, którzy wykopali go na ulicę, a na dodatek także jego własną matkę.
 
 
− Co o nich myślisz?
− Zabiję ich albo im przebaczę, proste.
− Wierzysz w Boga? Ktoś ci o Nim mówił?
− Nie wiem...
− Mogę ci pomóc, jeżeli chcesz...
 
Jak gdyby chcąc się wydostać z kłopotliwej sytuacji, wyjmuje z kieszeni pomięty list od ukochanej z wczesnego dzieciństwa.
 
− Kocham ją, ale może już jej nie zobaczę...
− Miłość to ciężka sprawa – odpowiadam.
 
W tym momencie pewnym krokiem podchodzi do mnie kobieta i częstuje mnie czekoladą.
 
− Proszę, zaliczka przed Gwiazdką...
 
Szybko oddala się, na pozór beztroska, doskonale wtopiona w swój świat. Intrygująca kobieta. A mały rzuca w moją stronę:
 
− To moja mama. Taka już jest.
 
Nagle w głębi serca zdaję sobie sprawę z ogromnego smutku tego dziecka, jak się zdaje, żyjącego tylko z matką, bez ojca, a więc bez prawdziwego domu... Półsierota. W spisie obowiązków powierzonych ludziom przez Przedwiecznego nie przewidziano, że kobieta ma w samotności wydać na świat dziecko, które następnie ma rosnąć bez rodziców. Spotkany przeze mnie chłopiec to jeszcze jedna z tysięcy niewinnych ofiar, pozbawionych ojcowskich ramion, niezbędnych do zbudowania solidnego gmachu życia.
 
I znowu zwraca się do mnie:
 
− Ej, ratowniku! Może wpadniesz do mnie kiedyś. Opieka społeczna dała nam taką norę w XII dzielnicy, śmierdzi tam stęchlizną, że aż chce się rzygać! Po ścianach chodzą karaluchy czy coś takiego... Dom Alliance Nouvelle.
− Mogę ci pomóc, jeśli tylko chcesz, rano zawsze jestem wolny. Na razie dawałbym ci korepetycje.
− Na razie?
− Dopóki nie pójdziesz do szkoły.
− Jestem dobry z angielskiego. To mój ulubiony przedmiot. Opieka społeczna w XII dzielnicy chce mnie posłać do szkoły. Tak powiedzieli mamie.
− Naprawdę?! Pracuję w duszpasterstwie przy Collège Guy Flavien, więc się nie martw, zajmę się tym. W tym tygodniu umówimy się z dyrektorką.
− OK – odpowiada z dumą – wpadnij do mnie. Dom Alliance Nouvelle przy Faubourg Saint-Antoine. Zapamiętasz? O 10:00.
 
Dzieciak klepie mnie w dłoń na pożegnanie z dwuznacznym, na poły surowym, na poły wesołkowatym spojrzeniem. Nie zapisuję adresu, ale odciskam go w ciepłym wosku mojego serca. Mój „mały książę” nie ma włosów w kolorze zboża. Ale w jego głosie słychać te same nuty prostoty i bólu, co u bohatera Antoine’a Saint-Exupéry’ego. Kiedy mówił: „Wpadnij do mnie”, zdawało mi się, że słyszę: „Oswój mnie”.
 
Panuje trzaskający mróz, wiatr rozpędził chmury. Siedem i pół tysiąca paryskich strażaków obchodzi tego wieczoru swoje święto. Ich patronka, św. Barbara, pozwala mi wyrwać jednego człowieka z pożaru szaleństwa tego świata.
 
Właśnie zszedłem ze spokojnej ścieżki własnego życia i dotknąłem tajemnicy prośby spełnionej przez Boga, który jest Miłością i Miłosierdziem. Paryż tonie w ciszy. Jest późno, noc spowija wszystko. Noc, przez którą przeszedł Gabriel, była jednak znacznie bardziej przerażająca. Okrutna. Przypomni ona o sobie jeszcze nieden raz, jak demon, który uparcie krąży wokół, odmawiając złożenia pokłonu przed krzyżem.
 
 
 

Recenzje/Opinie o produkcie

Brak recenzji/opinii o tym produkcie

Dodaj swoją recenzję/opinię