
Szukaj produktu
Menu
Subskrypcja
Statystyki
- Liczba produktów:
- 1512
- Liczba kategorii:
- 119
- Liczba nowości:
- 51
- Aktualne promocje:
- 33
- Liczba odsłon:
- 7243567
Miłość nas rozumie. Rok liturgiczny z księdzem Tischnerem - ks. Józef Tischner
- W magazynie:
- jest
nasza cena: 27.90 zł
cena rynkowa: 29.90 zł
Powiadom znajomego
Atrybuty
- stron
- 180
- format
- 124x195 mm
- oprawa
- twarda
- ISBN
- 978-83-240-1837-6
- data dodania do księgarni
- 02.11.2011
Miłość nas rozumie to zbiór tekstów ks. Tischnera pisanych przy różnych okazjach, najczęściej w związku z rozmaitymi świętami kościelnymi. Ksiądz Tischner jawi się tu jako mistrz wiary dojrzałej, pogłębionej i jako duszpasterz rozumiejący rozterki współczesnego człowieka. Pokazuje, jak połączyć nadzieję świata z nadzieją religijną. Wskazuje wreszcie, na co dobrze jest w życiu postawić, a czego warto się wyrzec. Prosto, przystępnie napisane refleksje o tym, kim jesteśmy, w co wierzymy i na co możemy mieć nadzieję.
Książka została ułożona tak, aby mogła być przewodnikiem po roku liturgicznym. W nowym wydaniu dołączono cztery mało znane teksty, zmieniono też układ książki, wprowadzając m.in. rozdział poświęcony Niedzieli Miłosierdzia.
Dzisiejszy człowiek jest pochłonięty wolą mocy. Jego ideą życiową jest panowanie nad światem i innym człowiekiem. Ale moc, która nie służy miłosierdziu, prowadzi człowieka na bezdroża.
(fragment książki)
spis treści
ADWENT
Adwentowe krajobrazy
Spór o nadzieję
Tajemnicze pytanie
Orędzie
Świadectwa
Miłość
Adwentowe krajobrazy
Spór o nadzieję
Tajemnicze pytanie
Orędzie
Świadectwa
Miłość
BOŻE NARODZENIE
Noc zdziwienia
Przeszedł, dobrze czyniąc
Trzask pękającego nieba
WIELKI POST
Rekolekcje z Mistrzem Eckhartem
Czyn nawrócenia
Wolne serce
Wiara i wyrzeczenie
Nadzieja
Miłość i odosobnienie
ZMARTWYCHWSTANIE PAŃSKIE
Świt wielkiej nadziei
„Nie zna śmierci Pan żywota”
ZESŁANIE DUCHA ŚWIĘTEGO
O Duchu Świętym
BOŻE CIAŁO
Rozważania o Komunii
UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH
Wprowadzenie do etosu błogosławieństw
MALEŃKOŚĆ I JEJ MOCARZ
Od autora wyboru
fragment książki
ADWENTOWE KRAJOBRAZY
Spór o nadzieję
Spór o nadzieję
Czas adwentu to czas namysłu nad nadzieją człowieka. Mamy się dokładniej przyjrzeć naszej nadziei. Ściśle rzecz biorąc, mamy dotknąć sporu, jaki od wieków prowadzi Ewangelia ze złożami pogaństwa, rozpościerającymi się w głębi nas samych. Nadzieja czy rozpacz? Gdyby nie było nadziei, byłaby rozpacz. Albo nadzieja, albo rozpacz.
Ale czy naprawdę zaraz rozpacz? A może przeciwieństwem nadziei nie jest rozpacz, lecz jakaś inna forma „beznadziei”? Im więcej jednak nad tym się zastanawiam, tym wyraźniej widzę to podstawowe przeciwieństwo. Choć przyznaję, że można na rozmaite sposoby to przeciwieństwo zamazywać, wciskając w świadomość człowieka wiele pozorów nadziei, które sprawią, że pierwotna pustka beznadziei będzie mniej boleć. Pozór nadziei ma podwójne zadanie: ma stworzyć stosowny półmrok, w którym wszystko będzie zielone i ma rodzącym się w półmroku emocjom nadać nową siłę, nową moc. Wiemy, że świat nie ma zielonej barwy, ale można go sobie na zielono malować. Mówi się wtedy, że nie rozpacz jest przeciwieństwem, lecz „ociężałość ducha”, „duchowe lenistwo”, „smuta”, „melancholia”. A to wszystko daje się pokonać, w każdym razie są na to lekarstwa. Wystarczy „zapamiętać się” w pracy, „ugrzęznąć” w polityce, oddać się rozrywkom. Trzeba pozostawić siebie na tym poziomie istnienia, na którym nie ma chcenia, ponieważ wszystko zostało już z góry określone. Trzeba stać się listkiem na ogromnym drzewie stworzenia. Jak liść jest rozrywany podmuchami wiatru, tak człowiek może być „rozrywany” tym, co go bawi. Zwycięża ten, kto w porę znajduje rozrywkę. Och, ta cudowna radość rozrywki - radość, która stwarza pozory szczęścia.
Proponuję jednak, abyśmy nie mówili o rozpaczy, lecz poprzestali na określeniu „ociężałość ducha”. Ociężałość ducha jest zbliżeniem rozpaczy. Jakiś ciężar osiadł na duchu i ciąży. Leśmian wynalazł piękne słowo: „dusiołek”. Dusiołek siada na piersiach człowieka, co sprawia, że człowiek „ani zipnie”. „Nie dość ci, żeś potworzył mnie, szkapę i wołka, / Jeszcześ musiał takiego zmajstrować Dusiołka?” Ociężałość ducha jest wprawdzie przeciwieństwem nadziei, ale jeszcze nie tym najostrzejszym, o które mogłoby właśnie chodzić. Ociężałość ducha jest chorobą woli. Wola nie chce chcieć. Lepiej jest człowiekowi nie chcieć niż chcieć. Ociężałość taka jest grzechem głównym - korzeniem wszystkich grzechów - jest grzechem przeciwko wszystkiemu, co przychodzi ku nam i „chciałoby być chciane”. Tym, co przychodzi ku nam i chciałoby być chciane, jest dobro. Ociężałość ducha w gruncie rzeczy nie chce dobra, nie chce szczęścia, nie chce radości. Zamiast dobra wystarczą jej „wartości” - chwilowe wartości rozrywek, którymi się otacza. Zamiast szczęścia poprzestaje na przyjemnościach płynących z używania tego świata. Otacza się śmiechem, który jest namiastką radości. Trzeba, by zawsze „było do śmiechu”. Ociężałość ducha jest możliwym do udźwignięcia pozorem rozpaczy. Ale rozpacz nie znika, jest tylko przytłumiona, jej kanty są spiłowane. To można przeżyć, to daje się dźwignąć. W ostateczności można napić się wódki.
W Ewangelii spór o nadzieję został pokazany od rozmaitych stron, między innymi jako spór między św. Janem Chrzcicielem a Herodiadą, żoną brata Heroda. „Lecz tetrarcha Herod, karcony przez niego [św. Jana Chrzciciela] z powodu Herodiady, żony swego brata, i z powodu innych zbrodni, które popełnił, dodał do wszystkiego i to, że zamknął Jana w więzieniu”. Nadszedł dzień urodzin Heroda. A wtedy, „gdy córka tej Herodiady weszła i tańczyła, spodobała się Herodowi i współbiesiadnikom. Król rzekł do dziewczęcia: Proś mnie, o co chcesz, a dam ci. Nawet jej przysiągł: Dam ci, o co tylko poprosisz.... Ona wyszła i zapytała swą matkę: O co mam prosić? Ta odpowiedziała: O głowę Jana Chrzciciela”.
Mamy dramatyczną scenę. Oto urodzinowy bal. W czasie balu rośnie potrzeba rozrywki. Gdy potrzeba rozrywki doszła do szczytu, nastąpiło niezwykłe widowisko: wniesienie głowy Jana Chrzciciela na salę balową. Jak przyjmują ten widok uczestnicy balu? Mamy wszelkie podstawy sądzić, że przyjmują z aplauzem. „Ach, ten Herod, jak trafnie o wszystkim pomyślał”. Tylko niektórzy znają tło wydarzenia - zranioną dumę rozwiązłej kobiety. Ci czują grozę.
Ale wtedy, w czasie balu, nikt jeszcze nie rozpoznał najgłębszego sensu śmierci. Sens śmierci wyczerpywał się w pewnym albo-albo: albo rozrywka, albo groza. Na razie wydaje się, że szczytem kariery, jaka stoi przed śmiercią, jest: stać się albo rozrywką dla melancholików, albo grozą dla buntowników. Widok śmierci bawił i przerażał na przemian. Zmusić śmierć, by służyła władzy bądź jako rozrywka, bądź jako groźba - to było wszystko, co pogaństwo mogło wydusić ze śmierci. W jednym i drugim przypadku śmierć musiała być widowiskiem. Trzeba było umrzeć na scenie.
Ale to się zmieni, to się już zaczyna zmieniać. Wyłaniają się horyzonty nowej nadziei, która wszystko zmieni. Dla nowej nadziei nie to jest ważne, przez kogo się umiera i gdzie. Ważne „dla kogo” i „za kogo”. Św. Paweł napisze: „Albowiem nie sobie żyjemy, nie sobie umieramy”. W głębinach śmierci jest ukryta moc przyswajania. Śmierć jest braniem na „własność”. Jesteśmy własnością tych, którzy mieli odwagę za nas umrzeć.
W tym punkcie wyłania się kluczowe pytanie ”ekonomii zbawienia”: czy warto było? Można zrozumieć śmierć za Jana Chrzciciela, choć czy on naprawdę potrzebował tego, by ktoś za niego umierał? Ale umrzeć za Heroda? Za Herodiadę i jej córkę? Za dworzan, którzy trzęsą się z przerażenia, jak liście osiki na wietrze? Z drugiej strony, gdyby miłość miała być wyłącznie miłością do sprawiedliwych, byłaby zwykłą zapłatą sprawiedliwości. Przedziwna jest miłość. My jej nie rozumiemy, a w każdym razie nie tak, jak ona rozumie nas.
Ale czy naprawdę zaraz rozpacz? A może przeciwieństwem nadziei nie jest rozpacz, lecz jakaś inna forma „beznadziei”? Im więcej jednak nad tym się zastanawiam, tym wyraźniej widzę to podstawowe przeciwieństwo. Choć przyznaję, że można na rozmaite sposoby to przeciwieństwo zamazywać, wciskając w świadomość człowieka wiele pozorów nadziei, które sprawią, że pierwotna pustka beznadziei będzie mniej boleć. Pozór nadziei ma podwójne zadanie: ma stworzyć stosowny półmrok, w którym wszystko będzie zielone i ma rodzącym się w półmroku emocjom nadać nową siłę, nową moc. Wiemy, że świat nie ma zielonej barwy, ale można go sobie na zielono malować. Mówi się wtedy, że nie rozpacz jest przeciwieństwem, lecz „ociężałość ducha”, „duchowe lenistwo”, „smuta”, „melancholia”. A to wszystko daje się pokonać, w każdym razie są na to lekarstwa. Wystarczy „zapamiętać się” w pracy, „ugrzęznąć” w polityce, oddać się rozrywkom. Trzeba pozostawić siebie na tym poziomie istnienia, na którym nie ma chcenia, ponieważ wszystko zostało już z góry określone. Trzeba stać się listkiem na ogromnym drzewie stworzenia. Jak liść jest rozrywany podmuchami wiatru, tak człowiek może być „rozrywany” tym, co go bawi. Zwycięża ten, kto w porę znajduje rozrywkę. Och, ta cudowna radość rozrywki - radość, która stwarza pozory szczęścia.
Proponuję jednak, abyśmy nie mówili o rozpaczy, lecz poprzestali na określeniu „ociężałość ducha”. Ociężałość ducha jest zbliżeniem rozpaczy. Jakiś ciężar osiadł na duchu i ciąży. Leśmian wynalazł piękne słowo: „dusiołek”. Dusiołek siada na piersiach człowieka, co sprawia, że człowiek „ani zipnie”. „Nie dość ci, żeś potworzył mnie, szkapę i wołka, / Jeszcześ musiał takiego zmajstrować Dusiołka?” Ociężałość ducha jest wprawdzie przeciwieństwem nadziei, ale jeszcze nie tym najostrzejszym, o które mogłoby właśnie chodzić. Ociężałość ducha jest chorobą woli. Wola nie chce chcieć. Lepiej jest człowiekowi nie chcieć niż chcieć. Ociężałość taka jest grzechem głównym - korzeniem wszystkich grzechów - jest grzechem przeciwko wszystkiemu, co przychodzi ku nam i „chciałoby być chciane”. Tym, co przychodzi ku nam i chciałoby być chciane, jest dobro. Ociężałość ducha w gruncie rzeczy nie chce dobra, nie chce szczęścia, nie chce radości. Zamiast dobra wystarczą jej „wartości” - chwilowe wartości rozrywek, którymi się otacza. Zamiast szczęścia poprzestaje na przyjemnościach płynących z używania tego świata. Otacza się śmiechem, który jest namiastką radości. Trzeba, by zawsze „było do śmiechu”. Ociężałość ducha jest możliwym do udźwignięcia pozorem rozpaczy. Ale rozpacz nie znika, jest tylko przytłumiona, jej kanty są spiłowane. To można przeżyć, to daje się dźwignąć. W ostateczności można napić się wódki.
W Ewangelii spór o nadzieję został pokazany od rozmaitych stron, między innymi jako spór między św. Janem Chrzcicielem a Herodiadą, żoną brata Heroda. „Lecz tetrarcha Herod, karcony przez niego [św. Jana Chrzciciela] z powodu Herodiady, żony swego brata, i z powodu innych zbrodni, które popełnił, dodał do wszystkiego i to, że zamknął Jana w więzieniu”. Nadszedł dzień urodzin Heroda. A wtedy, „gdy córka tej Herodiady weszła i tańczyła, spodobała się Herodowi i współbiesiadnikom. Król rzekł do dziewczęcia: Proś mnie, o co chcesz, a dam ci. Nawet jej przysiągł: Dam ci, o co tylko poprosisz.... Ona wyszła i zapytała swą matkę: O co mam prosić? Ta odpowiedziała: O głowę Jana Chrzciciela”.
Mamy dramatyczną scenę. Oto urodzinowy bal. W czasie balu rośnie potrzeba rozrywki. Gdy potrzeba rozrywki doszła do szczytu, nastąpiło niezwykłe widowisko: wniesienie głowy Jana Chrzciciela na salę balową. Jak przyjmują ten widok uczestnicy balu? Mamy wszelkie podstawy sądzić, że przyjmują z aplauzem. „Ach, ten Herod, jak trafnie o wszystkim pomyślał”. Tylko niektórzy znają tło wydarzenia - zranioną dumę rozwiązłej kobiety. Ci czują grozę.
Ale wtedy, w czasie balu, nikt jeszcze nie rozpoznał najgłębszego sensu śmierci. Sens śmierci wyczerpywał się w pewnym albo-albo: albo rozrywka, albo groza. Na razie wydaje się, że szczytem kariery, jaka stoi przed śmiercią, jest: stać się albo rozrywką dla melancholików, albo grozą dla buntowników. Widok śmierci bawił i przerażał na przemian. Zmusić śmierć, by służyła władzy bądź jako rozrywka, bądź jako groźba - to było wszystko, co pogaństwo mogło wydusić ze śmierci. W jednym i drugim przypadku śmierć musiała być widowiskiem. Trzeba było umrzeć na scenie.
Ale to się zmieni, to się już zaczyna zmieniać. Wyłaniają się horyzonty nowej nadziei, która wszystko zmieni. Dla nowej nadziei nie to jest ważne, przez kogo się umiera i gdzie. Ważne „dla kogo” i „za kogo”. Św. Paweł napisze: „Albowiem nie sobie żyjemy, nie sobie umieramy”. W głębinach śmierci jest ukryta moc przyswajania. Śmierć jest braniem na „własność”. Jesteśmy własnością tych, którzy mieli odwagę za nas umrzeć.
W tym punkcie wyłania się kluczowe pytanie ”ekonomii zbawienia”: czy warto było? Można zrozumieć śmierć za Jana Chrzciciela, choć czy on naprawdę potrzebował tego, by ktoś za niego umierał? Ale umrzeć za Heroda? Za Herodiadę i jej córkę? Za dworzan, którzy trzęsą się z przerażenia, jak liście osiki na wietrze? Z drugiej strony, gdyby miłość miała być wyłącznie miłością do sprawiedliwych, byłaby zwykłą zapłatą sprawiedliwości. Przedziwna jest miłość. My jej nie rozumiemy, a w każdym razie nie tak, jak ona rozumie nas.
Zobacz także:
-
Pomoc w rachunku sumienia - ks. Józef Tischner
6.00 zł
-
Wiara ze słuchania. Kazania starosądeckie 1980 - 1992 - ks. Józef Tischner
32.90 zł
-
Nadzieja czeka na słowo. Rekolekcje - ks. Józef Tischner
27.90 zł
-
Ksiądz Józef Tischner. Myśli wyszukane
24.90 zł
-
Spór o istnienie człowieka - ks. Józef Tischner
39.90 zł
-
Myślenie według wartości - ks. Józef Tischner
46.90 zł















zebrane i połączone z kazaniami księdza w jedno. W ten
sposób otrzymujemy spójny zbiór, który może posłużyć jako
wskazówka do celebrowania roku liturgicznego świadomie. Ks.
Tischner podkreśla, że musimy chcieć zagłębiać się w naszą
wiarę inaczej będzie ona śmieszna i fałszywa.
Dodaj swoją recenzję/opinię